O tym jak z przyjemnością zmieniłam zdanie… /opowieść o fajnym przedszkolu/

Zdarzyło mi się wiosną odwiedzić nietypowe przedszkole na Kaszubach. Placówka ta prowadzona jest przez siostry ze zgromadzenia Zmartwychwstanek. O Zmartwychwstankach nie słyszałam nigdy, o ich pracy oświatowej także.

Moje wielkie zdziwienie wzbudził fakt, iż siostry postanowiły wprowadzić w podległej sobie placówce (placówkach?) czytanie globalne i poprosiły o szkolenie z tej dziedziny.

segregatorsegregator2zabawkibrusy1zabawkibrusy2Przyznam otwarcie – jechałam do Brusów z wielkimi pokładami ciekawości i… sceptycyzmu. Nie spodziewałam się w zakonnym przedszkolu spotkać ani dobrze wykształconej kadry, ani znajomości nowoczesnych edukacyjnych trendów. Nie bardzo wierzyłam w to, że siostrzyczki mogą znać potrzeby psychiczne dzieci, bo i skąd, skoro same nie są matkami…

Sądziłam, że wszystkie te przymioty posiadać mogą jedynie „cywilne”, porządnie wyedukowane i wyspecjalizowane nauczycielki.

A potem – oczy otwierały mi się coraz szerzej ze zdumienia. Czyściutkie sale, nieprzeładowane zabawkami. Mnóstwo ciekawych prac plastycznych. Dowody umiejętnego zachęcania rodziców do wspólnego z dziećmi działania, przebywania, spędzania czasu, podpatrywania przyrody.

W jednej z sal zachwycił mnie wielki roczny kalendarz, a na nim odnotowane wszystkie urodziny dzieciaków. Pomysł prosty, ale sprawiający, że każde dziecko w tej grupie czuło się ważne, a dzień urodzin wyczekiwany.

W kolejnej radował oko okazały układ planetarny z papier-mache dyndający dumnie pod sufitem czy pomysłowe wykonane przez dzieci zabawki.

W innej zachłysnęłam się „prysznicem emocji”, który nauczycielka fundowała swoim 4-letnim (o ile dobrze pamiętam) podopiecznym. Każde dziecko bowiem miało coś w rodzaju segregatora (dzieciaki nazywają je nowocześnie „lapbookami”), w którym znajdowały się kieszonki z nazwami pór roku, dniami tygodnia, kształtami.

Jedna z nich nosiła tytuł „Jesienne skarby”. W kieszonce tej maluchy umieszczały Bardzo Ważne Znaleziska przytargane z wypraw w plener: kamyczki, kasztany, piórka, listki. Wszystko do oglądania i omawiania w sali, do sięgania w wolnym czasie, do pochwalenia się rodzicom, kolegom… Każde znalezisko podszyte emocjami, z każdym wiąże się okruszek wspomnienia…

Ale najbardziej zachwycił mnie fakt, że w przedszkolu tym NIE MA PODRĘCZNIKÓW!

Jak to? – zapytacie. Jak można uczyć bez podręczników?! Ano, można! Kiedyś, dawno temu uczyłam tak i ja. Bo z podręcznikami sprawa wygląda tak, że zachwycają przez kilka dni, póki jeszcze pachną nowością i zapach farby drukarskiej nie wywietrzeje. Potem podobają się już mniej. A za czas jakiś polecenie: – Wyjmijcie swoje ćwiczenia – kwitowane jest zbiorowym jękiem. Na tym etapie podręcznik nie kojarzy się już pozytywnie.

Czy można inaczej? Można. Należy tylko obmyślać zadania z poszczególnych dziedzin, drukować, kserować, wycinać i co tam trzeba jeszcze na potrzeby tego jednego zajęcia. Dzieciaki mają stokroć większą motywację do pracy mając przed sobą jeden arkusz z zadaniem, niż całą książkę z ćwiczeniami, których jest tyyyle i na dodatek tych książek z ćwiczeniami stale przybywa.

Siostry pracy się nie boją. Dzieci nie jęczą na widok książek, które kojarzą się ze szkolnym obowiązkiem. Gorzej z niektórymi rodzicami, którym wydaje się, że jeśli nie ma podręczników to nie ma i nauki…

W Brusach zetknęłam się z autentyczną pasją i pasjonatkami, co zaowocowało zagadaniem się do późnej nocy.

Wracałam do Szczecina naładowana dobrymi emocjami. To przedszkole bez podręczników, za to ze zbiorami dziecięcych skarbów, z własnoręcznie wykonanymi zabawkami stało się źródłem bardzo sympatycznego zaskoczenia…

P.S. O potrzeby psychiczne dzieci też mogę być spokojna. Siostra Barbara w komentarzu do filmiku pisze tak: To nagranie pokazuje radość Eweliny, która najsłabiej mówi, a najszybciej zapamiętuje wszystkie wyrazy. Jak na to patrzymy – też sprawia nam radość.

96 total views, 2 views today