Czytanie globalne w Polsce ma coraz szerszą grupę zwolenników. Świadczy o tym rosnąca liczba użytkowników tej strony i popularność warsztatów dla nauczycieli i rodziców, pragnących bawić się z dziećmi w czytanie przy zastosowaniu tej metody.

Pojawiają się jednak głosy twierdzące, iż stosowanie metody globalnej może dziecku zaszkodzić. Jak i dlaczego? Ano, może (zdaniem głosów) doprowadzić do dysleksji.

Innym argumentem na „nie” jest przeświadczenie, że czytanie globalne – z racji licznych odmian funkcjonujących w naszym języku –  nie nadaje się do stosowania w Polsce.

Myślę, że pora odnieść się do tych opinii. Są one krzywdzące,  niesprawiedliwe i między bajki włożyć je należy. Zawsze byłam ogromnie ciekawa jak też dzieci prowadzone tą metodą radziły sobie potem w szkole, toteż starałam się utrzymywać kontakt z rodzicami swoich przedszkolaków bodaj przez pierwsze lata ich nauki. Powtarzam z wielkim przekonaniem o czym pisałam już wcześniej – dzieci wychodzące z przedszkola z umiejętnością czytania radziły sobie potem w szkole doskonale! Przez ponad dwadzieścia lat stosowania metody globalnej wobec setek dzieci zetknęłam się z JEDNYM przypadkiem dziewczynki, której w szkole orzeczono dysleksję. Nie sądzę jednak, by jej przyczyną było czytanie globalne, skoro reszta grupy była powodem dumy mojej i rodziców…

Do tematu dysleksji wrócę za moment. Rozprawię się najpierw z zarzutem, iż czytanie globalne nie nadaje się do stosowania w naszym języku z uwagi na jego fleksyjność. Poniekąd tak. Każdy wyraz podlega u nas licznym odmianom – a to przez liczby, a to przez przypadki, rodzaje, czasy, strony, tryby – oj, dużo tego. Czy możliwe zatem, by dziecko przyswoiło sobie (na planszach) wszystkie możliwe odmiany każdego wyrazu? Odpowiadam – niemożliwe i niedorzecznym byłoby oczekiwać czegoś takiego od malucha. Toteż klasyczna metoda Domana nie nadaje się do tego, by dziecko przy jej pomocy mogło swobodnie komunikować się z otoczeniem.

W naszych polskich realiach czytanie globalne nie zastępuje czytania szkolnego. Jest etapem wiodącym do tego czytania. Wygląda to tak:

– dziecko czyta globalnie; nie zna liter i nie uczymy go liter,

– dziecko dostrzega, że wyraz zbudowany jest z liter i samo poczyna się o nie dopytywać,

– nazywamy maluchowi litery,

– pojawiają się próby syntezowania (łączenia) liter; dostarczamy dziecku sylab i krótkich wyrazów zaczynających się samogłoską,

– zachęcamy, by dziecko czytało sylabami, nie głoskowało i konsekwentnie to egzekwujemy.

Koniec! Finito! Malec zaczyna czytać wyrazy i nie ma to najmniejszego znaczenia czy czyta: kot – koty – kotkowi – kotami. Bo to już nie jest czytanie globalne.

Przypominam – czytanie globalne to czytanie całowyrazowe, bez znajomości liter.

A teraz wrócę do dysleksji, do której rzekomo mogą doprowadzić zabawy w globalne czytanie. Jest to – wierzcie mi – jedna z większych bzdur. Być może bierze się  stąd, że czytanie globalne stymuluje prawą półkulę mózgu. Odmian dysleksji jest kilka, jedna z nich, tzw. dysleksja typu P bierze się z przetrenowania właśnie prawej półkuli. Aktywizacja półkuli lewej jest  wówczas niedostateczna. Prawidłowo funkcjonujący mózg wymaga harmonii obu półkul.

Jednak to nie zabawa  w czytanie globalne może doprowadzić do stanu przetrenowania prawej półkuli. Dzieje się to za sprawą obrazów podawanych przez wszelkiego typu ekrany (tzw. screen). Szkodliwość tv, godzinami oglądanych bajek z odtwarzacza, tabletów, komputerów to temat na dłuuugi, oddzielny tekst. Naturalnie, rzecz nie w tym, by z tych urządzeń nie korzystać wcale, ale by czynić to z umiarem.

A czytanie globalne? Kilka, kilkanaście  minut radosnej zabawy  planszami z kolorowymi obrazkami, zabawy w atmosferze luzu, śmiechu, akceptacji, zabawy pełnej uznania dla dokonań dziecka – może jedynie sprawić, że czytanie stanie się dla Waszego malca procesem ukochanym, oczekiwanym, wyglądanym i bardzo, bardzo przyjaznym.